Grzegorz Schreiber: samorząd powinien działać we współpracy z rządem

O wizji rozwoju województwa łódzkiego, współpracy z opozycyjną prezydent stolicy regionu, problemach i nadziejach gospodarczych i wielkiej polityce w samorządzie rozmawiamy z marszałkiem województwa łódzkiego Grzegorzem Schreiberem.

56343544z

Pochodzi z Bydgoszczy, gdzie zaczął zawodową i samorządową karierę. Po Bydgoszczy był Sieradz, w którym uzyskał mandat poselski. Dziś zasiada w fotelu marszałka województwa łódzkiego. Sprawowanie tej nowej funkcji rozpoczął w burzliwej atmosferze. Mimo większości w sejmiku, rządzenie w kontrze jest wyzwaniem. Schreiber wierzy jednak, że polityczny dialog jest możliwy i zapowiada współpracę ze wszystkimi, którzy zechcą współpracować.

Był pan radnym miejskim, radnym sejmiku, wiceministrem, od kilku miesięcy jest pan marszałkiem. To znaczny rozstrzał obowiązków i kompetencji.

- Ale jest wspólny mianownik - tu i tu pracujemy dla ludzi, to nas łączy. Czasem w jednej roli to wychodzi lepiej, w innej - gorzej, ale jeżeli chcemy to robić dobrze, to musimy sobie postawić cel i konsekwentnie do niego dążyć. Bez względu na to, czy to jest rząd czy samorząd, najważniejsi są ludzie. Tych obowiązków nie da się porównać. Inne wyzwania są w samorządzie, inne w Sejmie czy Kancelarii Premiera. To jest zupełnie inna praca, inne zadania, role, inna odpowiedzialność. Znajomość mechanizmów centralnych znacząco pomaga w zarządzaniu w samorządzie.

Pochodzi pan z Bydgoszczy. Skąd Sieradz?

- Księstwo sieradzkie to czyste piękno. Kujawy, Sieradz, Łęczyca - to ta sama ziemia, ta sama kraina historyczna.

I dlatego Sieradz?

- Na przykład.

Po Sieradzu Łódź. Rozumiem, że również z zamiłowania do historii i geografii?  

- To jest tożsame pojęcie. Łódź przez długi czas leżała na terenie księstwa łęczyckiego. To ten sam okręg, ta sama ziemia.

Burzliwie, czy może raczej - od burzy - zaczęło się Pana rządzenie regionem. Opozycja nie wzięła udziału w głosowaniu nad wyborem marszałka, jej przedstawicielka wycofała swoją kandydaturę.

- Każdy scenariusz musi zaczynać się burzliwie, bo wtedy niesie jakiś potencjał i atrakcyjność. Być może, po 8-letnich rządach, obecna opozycja dała w ten sposób upust swego rodzaju frustracji. Mam ciągle nadzieję, że oprócz tego początku współpraca jest możliwa.

Mając większość, rządzenie jest łatwiejsze, ale chyba ciężko pracuje się w napiętej atmosferze.

- Nie mnie oceniać, jak postępuje opozycja, ale pamiętajmy o tym, że taka sytuacja jest chyba w większości województw, gdzie jest przewaga 1-2 głosów na korzyść jednych czy drugich, i w takich warunkach musimy pracować. To nie jest jakaś wyjątkowa sytuacja. W takich warunkach niejednokrotnie pracowali prezydenci, mający w radach minimalne większości i sobie radzili. Znam też takich, którzy rządzili 4 lata, nie mając tej większości i efekt ich działań też nie był zły.

Z jakim planem na województwo objął Pan stanowisko?

- Z takim, żeby poprawić to, co nie najlepiej wychodziło poprzednikom, wnieść nową jakość - tak, żebyśmy mogli mówić o Łódzkiem, że mamy silne, prężne województwo.

A co trzeba poprawić po poprzednikach, co im nie wyszło?

- Problemów w takim województwie jak łódzkie, zresztą nie tylko łódzkie, jest wiele i trudno wybrać, co jest najważniejsze do zrobienia - na już, na dziś, a co na jutro. Na pewno w ostatnich latach problemem było oderwanie władz samorządowych od tego, co się działo w kraju. Działania były podejmowane w kontrze do rządu. Ja uważam, że to powinno się odbywać w pewnym porozumieniu, we współpracy, bo tylko wtedy województwo odczuje pozytywne efekty. Chciałbym prowadzić politykę tak, żeby ona rzeczywiście zaspokajała potrzeby mieszkańców, a będzie to możliwe jedynie przy pełnej współpracy z rządem i samorządami lokalnymi. Nie zapominajmy, że marszałek to jest coś pośredniego, to łącznik pomiędzy rządem a wójtem, burmistrzem, prezydentem miasta, starostą. To jest rola polegająca na tym, żeby łączyć te wszystkie organizmy i chciałbym to robić jak najlepiej.

Podczas przemówienia, zaraz po tym, jak wybrano Pana na marszałka, zapowiedział Pan „politykę otwartego dialogu”. Rozumiem, że ta deklaracja dotyczy również Hanny Zdanowskiej?

- Pani Zdanowska jest prezydentem największego miasta w województwie łódzkim, więc trudno czynić jakieś wyjątki i ta współpraca będzie. Będzie temat - będzie rozmowa. Zresztą planujemy w najbliższych dniach zorganizować spotkanie, więc będzie okazja, by takie rozmowy zainicjować. Chcę natomiast wyraźnie podkreślić - ja chcę skupić się na merytorycznych rozmowach, a następnie na działaniach.

Oprócz dialogu zapowiedział Pan również pomoc dla wszystkich powiatów.

- Nie wiem, czy to właściwe określenie. Chodzi raczej o te powiaty, które będą tej współpracy chciały. Myślę, że nie powinno tu być wyjątków, będę namawiać, zachęcać, pomagać, ale nie zmuszać. Przykładem dobrej współpracy są choćby Pabianice, gdzie wyszliśmy z inicjatywą, a w efekcie zabezpieczyliśmy środki na tramwaj do Pabianic. Gdyby chcieć upolitycznić naszą rozmowę, to można powiedzieć, że to miało podtekst polityczny, ale ja nie kierowałem się polityką. Po prostu uważam, że tak trzeba było zrobić, bo ten tramwaj będzie służył mieszkańcom Pabianic, Ksawerowa i Łodzi - bez względu na upodobania polityczne.  W Łodzi mamy problem z komunikacją, ale to się zmieni. Niedługo mieszkańcy zobaczą wielką maszynę, tarczę TBM, która wydrąży tunel średnicowy. Połączy ona Łódź Fabryczną z Łodzią Kaliską, a to daje szansę na stworzenie minimetra. W tej chwili ludzie kończą podróż na Fabrycznej, dzięki tunelowi będą mogli ją płynnie kontynuować. Obecny układ to jest pozostałość po zaborach. Mieliśmy kolej warszawsko-wiedeńską, która miała odnogę prowadząca do Łodzi, a kończyła się na Łodzi Fabrycznej. I mieliśmy kolej do Kalisza, która przebiegała na obrzeżach ówczesnej Łodzi - czyli na obecnej Łodzi Kaliskiej. Połączenie, skomunikowanie tych dwóch linii będzie domknięciem po stu latach tego, co się dawno temu wydarzyło. To się już właściwie dzieje, przetarg został rozstrzygnięty i ta wielka tarcza drążąca, prawdopodobnie w tym roku, zacznie pracować. To podobne urządzenie, które było wykorzystywane do wykonania tunelu pod warszawskie metro, z tym że w Łodzi to będzie na dużo większą skalę.

Kiedy można się tego spodziewać?

- To kwestia kilku lat, o ile nie wydarzy się to, co niektórzy wróżą. Pamiętajmy, że Łódź to trudne miasto, są tu liczne kamienice, niektóre wiekowe. Podejście pod nie w centrum będzie nie lada wyzwaniem. Jeśli nie wydarzy się nic nieplanowanego, to 2 lata są realnym terminem, w którym ta inwestycja powinna zostać zrealizowana. Przy tego typu przedsięwzięciach i tego typu zabudowie, zawsze trzeba brać poprawkę na ewentualne komplikacje i czasowe poślizgi.

A co pan myśli o zagranicznych pracownikach i ich wpływie na polską gospodarkę?

- Każde takie wydarzenie ma swoje plusy, bo duża część przedsiębiorców oczekuje od rządu złagodzenia polityki zmierzającej do tego, by większa liczba obcokrajowców znajdowała tutaj zatrudnienie. Z drugiej strony rodzi to określone kłopoty społeczne. Trzeba o tym pamiętać i szukać rozwiązań, które takich kłopotów nie będą generować i jednocześnie zapewnią dopływ osób do pracy w taki sposób, żeby gałęzie nie zanikały. Mamy takie sygnały od przedsiębiorców, którzy wskazują na wielką potrzebę zatrudniania obcokrajowców, w tym Ukraińców.

Region - w kontekście gospodarki - to nie tylko Bełchatów, ale również strefy ekonomiczne.

- Zgadza się. Jest Łódzka Strefa Ekonomiczna na północy, w okolicy Kutna kolejna, bardzo silna. To są tereny, które rzeczywiście stanowią o dużym potencjalne województwa i dają nadzieję na przyciąganie kapitału - nie tylko obcego, choć ten oczywiście chętnie korzysta z oferty województwa łódzkiego, ale również kapitału polskiego, który na tym terenie dobrze się czuje. Naturalnie w dalszym ciągu województwo łódzkie pozostaje w centrum produkcji tekstylnej. To jest jeszcze związane z historią włókiennictwa. Łódzka produkcja tekstylna jest wciąż bardzo znaczącym elementem na mapie gospodarczej Polski. Jednocześnie szukamy wszelkich kierunków innowacyjnej gospodarki, uważamy, że to jest ten kierunek, w którym powinniśmy zmierzać. Tworzymy wszelkie zachęty dla przedsiębiorców, by pobudzać tę gałąź przemysłu.

Atutem Łódzkiego jest położenie i komunikacja. Zapytam w tym kontekście o S14. Kiedy można się spodziewać realizacji ostatniego odcinka?

- Jako pierwsi w Polsce będziemy mieć wokół miasta ring. Jeszcze żadnemu miastu nie udała się ta sztuka. W tej chwili finalizujemy procedury przetargowe związane z dokończeniem S14, która ten wspomniany ring domknie. Myślę, że - fizycznie - realizacja przedsięwzięcia potrwa ok. 2 lat. Z jednej strony będzie zatem S14. Z drugiej A1- znakomita komunikacja północ-południe, na południu S8, od północy A2 – wschód-zachód. Połączenie tego wszystkiego z Centralnym Portem Komunikacyjnym, który powstanie na obrzeżach województwa, bo na granicy Łódzkiego z Mazowieckiem, to jest olbrzymia szansa dla regionu.

Jak pan skomentuje obawę Pani prezydent Hanny Zdanowskiej związaną z faktem, że w zarządzie województwa nie ma przedstawiciela Łodzi?

- To jest nie najlepsze myślenie o województwie. Dla mnie nie jest istotne, kto zasiada we władzach Łodzi czy każdego innego miasta. Ważne, by nasza polityka sprzyjała każdemu - mniejszemu czy większemu samorządowi, jak również całemu regionowi. Nie ma dla mnie znaczenia to, czy w składzie zarządu znajdują się mieszkańcy Łodzi czy osoby, które kończyły łódzkie uczelnie. Powinniśmy wszyscy myśleć o regionie jako o całości, a nie zastanawiać się, czy ktoś jest z Łodzi, Sieradza czy z Pabianic. To nie powinno mieć znaczenia. Jeśli ktoś na to patrzy w inny sposób, to chyba dość instrumentalnie traktuje politykę.

Budżet województwa został uchwalony, ale jedynie głosami PiS. Opozycja jednogłośnie była na „nie”. Jest Pan zadowolony z tego budżetu?

- Tak naprawdę musiałem przyjąć pozostałości, które pozostawili moi poprzednicy. Przygotowanie budżetu to jest proces, który trwa pół roku. Ja zostałem w ten proces włączony na finiszu, miesiąc przed zakończeniem prac. To, co udało mi się zrobić, to zmniejszyć deficyt, który był rozbujany do zaskakujących rozmiarów. To jest ta największa rzecz, którą udało się wykonać. Trudno natomiast mówić na tym etapie o planowaniu konkretnych kierunków w budżecie. Myślę, że to właśnie redukcja deficytu spowodowała zmianę w trybie głosowania opozycji, która początkowo wstrzymała się od głosowania, by ostatecznie zagłosować przeciwko budżetowi. Ale tak należało zrobić dla dobra województwa. Udało się go zredukować o 55 mln zł. To było duże wyzwanie i duży wysiłek, ale trzeba było je podjąć, by ratować budżet.

Nie tylko budżet spotkał się z niezrozumieniem radnych opozycji. Ich sprzeciw wywołała również decyzja o wstrzymaniu finansowanie in vitro. Zaskakująca tym bardziej, że w 2018 r. Łódzkie wprowadziło pilotażowy program dofinansowania do procedury in vitro dla par spoza Łodzi. Skąd ta zmiana frontu?

- Przede wszystkim zależy nam na tym, żeby leczyć ludzi, którzy nie mogą mieć dzieci - pary, które bardzo chcą się leczyć, ale nie mają do tego warunków. Chcemy to robić, to jest nasz cel, a kwestia tego, że dotychczasową metodę uznaliśmy za mniej efektywną, to jest nasz wybór. Połączyliśmy siły z programem rządowym. Uznaliśmy, że mając tak doskonałe miejsce jak Centrum Zdrowia Matki Polki, które jest dedykowanym szpitalem prowadzącym rządowy program leczenia bezpłodności, warto połączyć siły. Dołożyliśmy milion złotych, dzięki czemu pozyskaliśmy drugi milion z puli budżetu państwa, niecały milion już w niej był, więc w tej chwili mamy ok. 3 mln na to, żeby w sposób kompleksowy diagnozować i leczyć pary szukające szczęścia.

Rezygnacja z finansowania in vitro została oprotestowana - m.in. przez radnych miejskich wojewódzkich, działaczy. Ale to chyba Pana nie zaskoczyło?

- Nie zaskoczyło, zresztą każdy ma prawo protestować. Wydaje mi się natomiast, że w takich tematach nie powinno być wojny politycznej. Jeżeli chcemy dotrzeć - a chcemy - do ludzi, którzy mają się temu leczeniu poddać, powinien płynąć pozytywny przekaz. A jeśli ktoś mówi im z boku: "po co się leczyć, z tego nie będzie efektu", to zniechęca tych ludzi. I jednocześnie poświadcza nieprawdę, bo ten program ma 80-90 proc. skuteczności.

Niedługo zasiada pan w fotelu marszałka, ale mimo to zapytam – co przeszkadza w zarządzaniu takim organizmem?

- Zawsze będą jakieś rozwiązania prawne, które będą mniej czy bardziej służyły samorządom - powiatowym, gminnym czy wojewódzkim, zawsze będzie jakieś pole konfliktu. Pomiędzy tymi sferami jest jeszcze strona rządowa, urząd wojewódzki i wojewoda, instytucje rządowe działające na terenie województwa - to wszystko powinno stanowić jedną całość i współgrać ze sobą, ale nigdy nie ma cudownych rozwiązań i zawsze jakieś sprawy trzeba poprawiać. Mieliśmy dla przykładu tę wielką korektę strukturalną w postaci powołania Wód Polskich. One wywołały pewne problemy i dziś je ciągle rozwiązujemy. Mam nadzieję, że uda nam się je rozwiązać. Mówiąc „nam”, mam na myśli zarówno stronę rządową, jak i samorządową, a wiem, że dzisiaj – nie ukrywam, że również dla  urzędu marszałkowskiego - jest to jakimś nierozwiązanym do końca problemem.

Przed nami wyborcza seria. Jak Pan ocenia szanse PiS-u?

- Każde wybory przynoszą rozstrzygnięcia, nigdy nie ma do końca pewności, jakie one będą. Najbliższe mamy do europarlamentu, później do parlamentu, następnie prezydenckie. Wszystko w rękach wyborców. Mam nadzieję, że moja formacja zakończy wybory zwycięsko – jedne, drugie, mam nadzieję, że trzecie również, a po kolejnych 2-3 latach nastąpi puenta w postaci wygranej w wyborach samorządowych. Liczę, że również tam, gdzie rzeczywiście nie udało nam się wygrać jesienią, w czyli w dużych miastach. Wierzę, że to jest możliwe.

Mówią, piszą o Panu „zaufana osoba prezesa Jarosława Kaczyńskiego”. Czuje pan to zaufanie?

- Partyjnie to jest mój szef i dobrze, gdy podwładny to zaufanie odczuwa.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
(ski)

Więcej w tej kategorii: « Przed nami trudne wyzwania