Cezary Przybylski o koalicji z PiS i priorytetach na kadencję 2018-2023

Rozmowa z Cezarym Przybylskim, marszałkiem województwa dolnośląskiego.

34353455331

Idzie pan na rekord. Już dziś jest pan najdłużej urzędującym marszałkiem Dolnego Śląska, a po kolejnych pięciu latach jeszcze pan ten rekord wyśrubuje. Pytanie tylko, czy cena za ów rekord nie jest zbyt wysoka? Na pana facebookowym profilu internauci nie pozostawiają na Bezpartyjnych Samorządowcach suchej nitki za koalicję z PiS-em, a prezydent Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz stwierdza, że Bezpartyjni Samorządowcy to "towarzystwo wzajemnej adoracji, które na idei bezpartyjności zdobyło zaufanie dziesiątek tysięcy wyborców, urządziło sobie licytację, kto da więcej". Generalnie więc same niemiłe rzeczy…

- Komentarzy w kontekście tej koalicji rzeczywiście jest sporo. Obok tych zabarwionych negatywnie jest bardzo wiele pozytywnych. Czy zawiązalibyśmy koalicję z PO, czy z PiS-em, to i tak byłaby to któraś z partii politycznych, więc na pewno jakieś komentarze by się pojawiały. A zawieranie koalicji to powszechny element działania i w samorządach, i w rządach. Umowa zawarta z Prawem i Sprawiedliwością w dolnośląskim sejmiku jest konstruktywna, dotyczy konkretnej pracy i zadań, które mają dać wymierne efekty w postaci realizowanych dla Dolnego Śląska inwestycji, a tym samym utrzymać jego wysoką pozycję wśród innych polskich i europejskich regionów, a co najważniejsze, wciąż poprawiać, podwyższać standard życia Dolnoślązaków. Nam nie chodzi o politykę, dla niej jest miejsce w Warszawie.

I koalicja z PiS-em daje szansę na to, żeby mieszkańcom Dolnego Śląska żyło się lepiej?

- Proszę zwrócić uwagę, że zapisy, które znalazły się w naszej umowie koalicyjnej, którą realizować będziemy w tej 5-letniej kadencji, dotyczą niezwykle ważnych inwestycji. Te wymagają zaangażowania dodatkowych 7-8 mld zł na Dolnym Śląsku. Te wyzwania obejmują wiele obszarów działania w różnych rejonach województwach, zyskają na ich realizacji wszyscy mieszkańcy. To są strategiczne, konkretne cele, na których będziemy się w tej koalicji koncentrować.

"To, co budzi mój największy niepokój, to zakusy na ponowną centralizację państwa, zamach na samorządy, a co za tym idzie - na demokrację" – tak mówił pan w rozmowie z nami kilka miesięcy temu, pod koniec zeszłej kadencji. Czy kiedy jest pan w koalicji z PiS, to "przykręcanie śruby" już nie przeszkadza?

- Poglądów nie zmieniłem. Wystarczy sięgnąć do kilku ostatnich wywiadów czy wypowiedzi, gdzie Bezpartyjni Samorządowcy zgodnie deklarują, że będą mocno protestować, gdyby pojawiły się dalsze próby centralizacji państwa. Koalicja absolutnie w niczym nas nie ogranicza. Mamy odmienne poglądy, jeśli chodzi o sprawy związane z praworządnością. Zawsze to artykułowaliśmy i mocno nadal artykułować będziemy. To nie tylko moje stanowisko, ale większości tych, którzy są Bezpartyjnymi Samorządowcami. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Mieliśmy przez ostatnie lata do czynienia z próbą recentralizacji państwa, ale uważam, że w momencie, kiedy prawie połowa województw jest zarządzana przez marszałków z PiS, kiedy sporo wójtów, burmistrzów i starostów jest z nadania tej partii, to optyka spojrzenia na problemy samorządu będzie w PiS całkiem inna. Całkiem inny będzie też dialog. Partia Prawo i Sprawiedliwość powinna zatem automatycznie żyć problemami samorządów, bo docierać do nich będzie w większym niż dotychczas stopniu kwestia zagrożeń, ale przede wszystkim szans, jakie daje samorząd. Ja zawsze uważałem i wciąż uważam, że reforma samorządowa była jedną z najbardziej udanych i potrzebnych w Polce reform. Zawsze byłem i nadal jestem zwolennikiem zwiększania kompetencji samorządów.

Również w wywiadzie dla naszego portalu przypominał pan, jak swego czasu PiS, wspólnie z PO, próbowało pana odwołać z funkcji marszałka w poprzedniej kadencji. Jak widać, nie ostudziło to ochoty do wchodzenia w koalicję z PiS-em...

- To fakt, próbowały tego i Platforma, i PiS. Uczestniczył w tym osobiście tak przewodniczący Platformy, jak i pan Lipiński, ale i Robert Raczyński, czyli mój obecnie bliski współpracownik. W polityce nie ma jednak miejsca na zbyt długie rozpamiętywanie urazów. Urazy są czymś osobistym, ale jeśli pełni się funkcje publiczne, jest się marszałkiem, wójtem, burmistrzem czy prezydentem miasta, to animozje personalne powinny zejść na drugi plan. Wyborcy zaufali nam, wybrali nas do realizacji pewnych celów i w tej sytuacji nie ma miejsca na jakieś prywatne spory. Najważniejsza jest bowiem realizacja określonych zadań.

Wspominał pan o dodatkowych funduszach na rozwój Dolnego Śląska, które wynikają z umowy koalicyjnej. Czy jest jakiś harmonogram realizacji inwestycji, które mają być z tych pieniędzy sfinansowane? Już zdążyłem w regionalnych mediach przeczytać, że tych inwestycji nie ma w projekcie budżetu na rok 2019.

- Proszę zwrócić uwagę, że umowa koalicyjna została podpisana 13 listopada, w momencie konstytuowania się organów naszego samorządu. Teraz powołaliśmy zespół, który opracuje dokładnie "mapę drogową" i kalendarz dla naszych wszystkich wcześniejszych ustaleń. Podkreślam jednak, że w momencie, gdy spisywaliśmy nasze cele i zadania, to tylko te, które są absolutnie do zrealizowania. Nie ma w tym kontrakcie żadnych zapisów niemożliwych do spełnienia.

A jakie priorytety na najbliższe pięć lat ma pan jako marszałek regionu?

- Na pewno tę listę otwierają zadania związane z infrastrukturą kolejową. Chcemy przejąć 22 odcinki zdegradowanych linii kolejowych, by je zmodernizować i w efekcie ułatwić Dolnoślązakom dotarcie do pracy, szkoły, uczelni, a odwiedzającym Dolny Śląsk do naszych atrakcji turystycznych czy zabytków. Chcemy, by poruszanie się po Dolnym Śląsku było szybkie i bezpieczne. Chcemy, żeby czas przejazdu między Wrocławiem a czterema ośrodkami subregionalnymi wynosił nie więcej niż godzinę. W efekcie nie trzeba będzie przeprowadzać się do Wrocławia, by np. podjąć w nim pracę czy studia. Kwestią niezwykle dla nas istotną jest budowa nowego Dolnośląskiego Centrum Onkologii. Ten nowoczesny szpital kosztować będzie około 500 mln zł. Mam nadzieję, że będziemy mogli tu liczyć na wsparcie opozycji. Budowa tego szpitala była bowiem w programach wyborczych wszystkich ugrupowań, które startowały do sejmiku. Zależy nam także na wprowadzeniu obszaru Sudetów na ścieżkę dynamicznego rozwoju. W naszej Strategii Rozwoju Województwa Dolnośląskiego 2030 jest wiele zapisów dotyczących działań prorozwojowych na tym obszarze. Przyjęliśmy również uchwałę ze stanowiskiem dotyczącym rozbudowy dróg ekspresowych na południu regionu. Zależy nam również na wzbogacaniu oferty turystycznej Sudetów i całego Dolnego Śląska. Rozwój turystyki jest jednym z naszych priorytetów.

Wracając do przejmowania linii kolejowych - zarząd województwa ogłosił ten plan w październiku. I co PKP PLK na to?

- Pierwsze przekazanie linii mamy już za sobą, 14 grudnia samorząd województwa dolnośląskiego został zarządcą linii kolejowej nr 341 Bielawa Zachodnia – Dzierżoniów. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to już za rok na tej trasie pojadą pociągi. Co do terminu przekazania pozostałych, to wiele zależy od procedur. Zapewniam, że jest duża determinacja z obu stron, żeby te odcinki jak najszybciej znalazły się w rękach naszego samorządu. Obecnie, zwłaszcza na terenie Kotliny Jeleniogórskiej, są odcinki, gdzie praktycznie pociągiem nie można dojechać. Stan torów pozwala na poruszanie się jedynie z prędkością 10 km na godz. Tymczasem nasze pociągi mogą osiągać 160 km na godz. Zakładamy, że modernizacja tych linii spowoduje zwiększenie oferty turystycznej i rekreacyjnej dla Wrocławia czy gmin Zagłębia Miedziowego, ale przyciągnie na wypoczynek w Sudety wielu chętnych z innych regionów. Już obserwujemy napływ turystów z północnej i centralnej Polski, także z sąsiednich przygranicznych regonów Czech i Niemiec.

Rozpoczynająca się właśnie kadencja samorządu będzie się kończyć w nowej już perspektywie finansowej UE. Dla Dolnego Śląska będzie to moment o tyle istotny, że województwo przejdzie z kategorii regionu słabiej rozwiniętego do kategorii regionu w okresie przejściowym. To zaś oznacza, że otrzyma mniej pieniędzy w ramach polityki spójności. Jak w tej sytuacji chcecie utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju?

- Liczymy się z taką możliwością. Czekają nas na pewno trudne negocjacje. Jednak wchodzenie w perspektywę po 2020 roku musi odbywać się łagodnie, stopniowo. Potrzebny jest czas na poszukiwanie nowych rozwiązań i możliwości rozwoju przy zmniejszonym poziomie środków unijnych.
Na Dolnym Śląsku, mimo bardzo dobrych wskaźników, wciąż jeszcze są rejony, w których dynamika wzrostu nie jest aż tak imponująca, dlatego unijne wsparcie jest tam po prostu niezbędne.

Patrząc realnie, pieniędzy będzie jednak mniej, tego nie unikniecie…

- Już wcześniej podjęliśmy decyzję, by z obecnego regionalnego programu operacyjnego przeznaczyć środki na różne instrumenty finansowe, w tym atrakcyjne pożyczki dla MŚP, które decydują o rozwoju regionów. Obecnie mamy ok. 800 mln zł na wsparcie dla tych przedsiębiorstw, a w przyszłości będzie ich zdecydowanie więcej. Jednocześnie, wdrażając RPO WD 2014-2020, staramy się tak ukierunkować wsparcie, by realizowane z tych pieniędzy projekty służyły budowie regionalnej bazy podatkowej. W przyszłości to właśnie z tego źródła będzie można finansować dalsze działania rozwojowe. Bezsprzecznie jednak to środki z unijnego budżetu będą wciąż determinować możliwości rozwoju naszego województwa.

A jak zamierzacie sobie poradzić z finansowaniem dużych inwestycji infrastrukturalnych? Na przykład takich w transport kolejowy?

- Nawet jeśli nastąpią zmiany w polityce spójności, to środki z UE nadal będą do wykorzystania. Trwają negocjacje, zobaczymy, jaki kształt przyjmie ostatecznie unijny budżet i na ile ograniczona zostanie pula pieniędzy w regionalnych programach.

Samorządy w całej Polsce liczą dodatkowe koszty, jakie przyjdzie im ponieść za sprawą rosnących cen energii elektrycznej. Jaką widzi pan szansę na wyjście z tej sytuacji?

- Uważam, że konieczna jest rekompensata tych podwyżek. W samych tylko szpitalach zapotrzebowanie na energię jest ogromne, a ponoszone przez nie koszty można porównać do wydatków na energię niewielkiego miasteczka. Szpitale powinny otrzymać rekompensaty w kontraktach z Narodowym Funduszem Zdrowia, bo te podwyżki są całkowicie niezależne od zarządzających szpitalami. Moim zdaniem czy to ulgi w podatkach, czy odpowiednie dotacje powinny także objąć wszystkie samorządy i jednostki im podległe.

Skoro już o zdrowiu mowa, rozpoczynająca się zima jest pierwszą, podczas której na Dolnym Śląsku obowiązywać będzie przyjęta w ubiegłym roku uchwała antysmogowa. Z egzekwowaniem zapisów tego typu uchwał bywa jednak bardzo różnie. Jak wy zamierzacie to rozwiązać?

- Zawsze istnieją obawy przed wprowadzeniem nowego przepisu czy prawa. Tym bardziej że instrumenty, które stosunkowo niedawno działały i wspomagały walkę ze smogiem, jak choćby program "Kawka", zostały zlikwidowane. W tej chwili rząd uruchamia nowe. Moim zdaniem trochę późno, bo jednak sezon grzewczy już się zaczął. Dzięki uchwałom antysmogowym, które podjęliśmy w tym roku i wielu akcjom informacyjnym, które prowadziliśmy, zdecydowanie jednak wzrosła świadomość Dolnoślązaków, jeśli chodzi o zagrożenia związane z paleniem nieodpowiednimi paliwami i paleniem w nieodpowiednich kotłach. Myślę, że ten sezon pokaże słabości systemu. Idealnie nie będzie, ale po tym sezonie można będzie zacząć likwidować luki, które powstaną. To jest praca samorządów wszystkich szczebli, ale też olbrzymia odpowiedzialność rządu, który pilnie musi wprowadzać programy antysmogowe. Wiadomo, że jest duże lobby węglowe, które powoduje, że pewne regulacje wchodzą w życie z dużym oporem.

Dziękuję za rozmowę.

Źródło: www.portalsamorzadowy.pl
(ski)